GKS Katowice - Górnik Zabrze 0:0
Z jednej strony ledwie już wegetujący i marzący o przetrwaniu GKS Katowice, z drugiej uznawany za potentata, liczący na awans do ekstraklasy i zamożny, aczkolwiek wdrażający właśnie drastyczny program oszczędnościowy Górnik Zabrze - tak na papierze wyglądał bilans otwarcia niedzielnych derbów na Bukowej.
Oba kluby łączyło natomiast jedno: w ostatnich dniach doszło w nich do zmian prezesów. W Zabrzu Jędrzeja Jędrycha zastąpił Łukasz Mazur, natomiast w Katowicach nie widać chętnych do przejęcia fotela po Marku Worachu, więc zarząd klubu funkcjonuje w dwuosobowym składzie, co w praktyce oznacza paraliż decyzyjny.
Piłkarze i szkoleniowcy GKS i Górnika podkreślali jednak, że wszystkie te kwestie zostawią za drzwiami szatni i na boisku jedyną istotną kwestią będą ligowe punkty. Zarówno Robert Moskal, jak i Adam Nawałka, debiutowali na trenerskich ławkach swoich zespołów, ale w ustawieniu ekip tremy widać nie było. Być może także dlatego, że obecny opiekun zabrzan jeszcze jesienią pracował na Bukowej i świetnie zna nie tylko większość zawodników gospodarzy, jak i wszelkie nierówności murawy. W pierwszych minutach lepsze wrażenie robili jednak gospodarze, którzy próbowali zaskoczyć Sebastiana Nowaka uderzeniami z dystansu, natomiast w kolejnych odsłonach do głosu zaczęli dochodzić zabrzanie, którzy jednak popełniali swój firmowy grzech, czyli w decydujących momentach tracili koncept rozegrania akcji na polu karnym rywali. Katowiczanie nie byli jednak w stanie zadać im pokuty - te religijne skojarzenia są nieprzypadkowe, przed rozpoczęciem meczu kibice mieli okazję nie tylko zdobycia bokserskich rękawic rzucanych przez Grzegorza Proksę, ale i zostali pobłogosławieni przez księdza - bo ich strzały nawet z czystych pozycji mijały słupki i poprzeczki. I chociaż przed gwizdkiem arbitra gościom udało się zamknąć rywali w hokejowym zamku to dwa zera na tablicy wyników ani drgnęły, co pewnie cieszyło honorowych gości derbów, czyli dawnych świetnych bramkarzy obu klubów Franciszka Sputa i Eugeniusza Cebrata.
Po przerwie zmieniły się przede wszystkim strony, na które atakowały obie drużyny. Sam przebieg walki niemal lustrzanie odzwierciedlał wydarzenia z pierwszej połowy z tą różnicą, że zabrzanie częściej byli łapani na pozycjach spalonych. Ostatecznie derby zakończyły się remisem, który na pewno więcej satysfakcji przyniósł skazywanym wcześniej na pożarcie gospodarzom. W Zabrzu tymczasem marzenia o awansie wciąż nie mogą nabrać realnych kształtów.
- Zaloguj się lub zarejestruj by komentować















